czwartek, 11 października 2018

Miary anińskie


Publikowany niżej tekst powstał sześć lat temu. Miary anińskie uległy od tego czasu znaczącej zmianie...

Sprowadziliśmy się do Anina w roku 1966. Byłem trzyletnim chłopcem. Wkrótce oddano mnie do osiedlowego przedszkola. Podobno bardzo rozpaczałem, więc rodzice zabrali mnie stamtąd i zapewnili mi opiekę w domu. Do przedszkola wróciłem rok później. Pojawiałem się tam przez trzy kolejne lata. Odległość dzieląca nasz blok i przedszkole nie przekraczała 150 metrów. Chodząc do przedszkola i z powrotem przeszedłem w sumie 225000 metrów.
Gdy edukacja przedszkolna dobiegała końca, rodzice zapisali mnie do anińskiej szkoły podstawowej. Uczęszczałem do niej osiem długich lat. Trasa prowadząca z domu do szkoły liczyła sobie 900 metrów. Zakładając, że wszystkie kursy „do” i „ze” szkoły odbywałem tą właśnie, najkrótszą trasą (co w przypadku powrotów nie jest zgodne z prawdą), musiałem przebyć na tym poziomie edukacji 3600000 metrów.
Kończąc szkołę podstawową postanowiłem wybrać się do anińskiego liceum. Niezbędny do przejścia odcinek skrócił się do 350 metrów. Jako miłośnik snu byłem z tego bardzo zadowolony. Podczas czterech lat edukacji licealnej pokonałem dalszych 616000 metrów.
Nie potrafię myśleć o wszystkich tych przebytych metrach bez wzruszenia. Idąc hartowałem ciało. Trzeba tu przypomnieć, że jesienie były dawniej wietrzne i deszczowe,  zimy śnieżne i mroźne, a wiosny zdradliwie zmienne. Moja sylwetka, zgarbiona wskutek wielogodzinnego ślęczenia nad książkami, podczas marszu szybko się prostowała. Ruchy nabierały sprężystości. Zważywszy na walory anińskiego powietrza, mogłem się odpowiednio dotlenić, co wpłynęło pozytywnie na jakość mojego wykształcenia. Miałem wystarczająco dużo czasu, żeby przypomnieć sobie kolejną zwrotkę wiersza Władysława Broniewskiego, powtórzyć wzór na pole trójkąta albo utrwalić znajomość segmentarnej budowy chrabąszcza. Zdarza mi się myśleć, że to właśnie w drodze do szkoły nauczyłem się najwięcej.
A co by było, gdybym do metrów „szkolnych” dodał metry, które zaliczyłem w drodze do kościoła? Do kościoła chodziłem (chodzę?) znacznie dłużej niż do szkoły. Żeby tam dojść, musiałem każdorazowo pokonać odległość 650 metrów. Biorąc pod uwagę wyłącznie msze niedzielne, przeszedłem na tej trasie dobrych 2700000 metrów. A tych niedzielnych nabożeństw musiało być przeszło 2160!
Z czasem chodzenie stało się moją ulubioną czynnością. Jeśli mam wolną chwilę, wychodzę z domu i ruszam przed siebie. Oddech szybko się wtedy uspokaja, znikają objawy nerwicowe, myśli są idealnie uporządkowane. Patrzę, obserwuję ludzi, podglądam zwierzęta. Ruszanie nogami to nieskomplikowana forma aktywności. Sądzę, że jestem w tej dziedzinie ekspertem.
Wolfgang Büscher przeszedł na swoje pięćdziesiąte urodziny trasę z Berlina do Moskwy. Potem napisał o tym książkę. Ja również zbliżam się do pięćdziesiątki. Od lat chodzę po Aninie. Nie napiszę jednak książki o swoich spacerach. Zbyt łatwo stałaby się środkiem pomocniczym w badaniach polisomnograficznych.
Anin to miejsce, w którym sprawy toczą się niespiesznie. Niewiele tu się dzieje. Niektórzy posuwają się nawet do stwierdzenia, że nic ważnego tu się nigdy nie wydarzyło. Nie w tym rzecz, żeby im udowodnić, że są w błędzie. Rzecz w tym, że każdy, nawet najmniejszy ruch może okazać się istotny. Próbuję więc zarejestrować różne anińskie ruchy. Najbardziej interesują mnie ruchy mało widoczne. Może te z pozoru niepozorne okażą się najważniejsze?


środa, 19 września 2018

A co też słychać u pana Cogito?


Jest sobotni poranek. Szaro i dżdżysto. Miłośnik źródła zarannego drepcze IX Poprzeczną. Zgarbiony, ogolony o tyle o ile, lewą ręką próbuje przytrzymać rozchodzące się poły starego, mocno już podniszczonego płaszcza. Kierując się dobrym anińskim zwyczajem idzie jezdnią obok chodnika, utrudniając życie kierowcom mijających go pojazdów. Próbuje się wyprostować. Okazuje się to jednak niemożliwe: jego skrzywione plecy stanowią miarę przerażającego nadmiaru transformacji i dotkliwego niedostatku lustracji. Jest jednak wierny, idzie.
Brat Pogardy wraca z zakupów w międzyleskim Lidlu. Ciągnie za sobą torbę z zakupami. Malutkie kółka turkoczą po asfalcie. Torba podskakuje na nierównościach i przechyla się niebezpiecznie to w prawo, to w lewo. Losy tej podróży nie są pewne: zawartość torby może w każdej chwili rozsypać się, a nawet ulec zniszczeniu. Zanim się to stanie, powiedzmy co zawiera ta torba. Na samym spodzie gruchocze pięć kilogramów ziemniaków. W sposób oczywisty mamy tu do czynienia ze strawą ludzi prostych i poniżonych, a przynajmniej nieuwzględnionych w promocjach. Spożycie ziemniaków ułatwi ich nabywcy zachowanie elementarnej solidarności z owymi pokrzywdzonymi. W pobliżu ziemniaków kolebie się dostojnie bochen jasnego chleba, pokrojony przy użyciu elektrycznej krajalnicy na szereg cienkich kromek. Pomoże on właścicielowi błazeńskiej twarzy zasadnie wypowiedzieć codzienną kwestię: „chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”. Obok wspomnianych produktów przelewają się dwie butelki wody mineralnej. Wody rzecz jasna niegazowanej. Taka woda nie uderzy do głowy, pozwoli za to zachować rozsądek i jasność umysłu. A jeśli zawiedzie rozum, pozostanie odwaga.
Potomek Gilgamesza, Hektora i Rolanda wkracza właśnie na teren niewielkiego osiedla. Kluczy parę minut po jego alejkach. Kto powiedział, że trzeba szybko dotrzeć do celu? Dawca świadectwa nie ma co spieszyć się do grona zimnych czaszek. Po co mu teraz chłosta śmiechu, zabójstwo na śmietniku i napisany przez kornika uładzony życiorys? Dociera jednak do właściwej klatki schodowej. Długo szuka klucza do domofonu. Sprawdza zawartość euro-skrzynki na listy. Znajduje tam karteczkę z informacją: „Do odebrania złote runo nicości, twoja ostatnia nagroda”. Po schodach wchodzi wolno, odliczając głośno stopnie. Zatrzymuje się na każdym półpiętrze. Oddycha z dużą trudnością. Serce łomocze w mu w piersi jak młot. „Mamy dość, żądamy wymiany!” – wściekają się rozciągnięte do granic możliwości zastawki. Dociera do niego, że nie umiał strzec się oschłości serca! W takich chwilach bliska jest mu myśl, że nie po to ocalał, aby żyć. Przypomina sobie, że do istnienia powołał go Książę Poetów. Jakżeż ambitne wyznaczył mu zadania! Co stanie się z całym klasycznym świadectwem, jeśli pęknie mu serce?
Dość długo zmaga się z materią drzwi wejściowych. Staje w progu własnego mieszkania. Płaszcz zostawia na wieszaku. Zdejmuje znoszone buty i wsuwa nogi w domowe pantofle. Podąża do kuchni. Wyjmuje z torby kupione produkty. Patrzy na ścienny zegar. Już najwyższy czas na poranną herbatę! Jej parzenie to prawdziwy rytuał: trzeba napełnić wodą plastikowy czajnik (pojawił się tu w miejsce porcelanowego imbryczka), a następnie umieścić go w podstawce z elektrycznym gniazdkiem (podstawka z gniazdkiem zastąpiła palnik gazowej kuchenki). Teraz można wyjąć z szafki kubek z nadrukiem-reklamą herbaty Saga (dawniej byłaby to delikatna filiżanka!) i wrzucić do niego saszetkę z porcją herbaty (przed laty doszłoby raczej do przelania esencji z imbryczka).
Herbata przygotowana. Można siadać. Patrzy z czułością na grzbiety wyłożonych na kuchennym blacie książek. Gdzieś na samym dnie spoczywa spokojnie „De oratore” Cycerona, na wierzchu czeka na czytelnika „Anabasis” Ksenofonta. Obrońca królestwa bez kresu wzdycha ciężko i kładzie obok kubka z herbatą dzisiejsze wydanie „Superekspresu”…


poniedziałek, 3 września 2018

Powrót Branickich


Najważniejszy jest dostęp do informacji. Nie tylko w skali globalnej. Żyjąc lokalnie też warto wiedzieć. Warto mieć w terenie swoje „oczy” i „uszy” czyli ludzi, którzy chodzą i patrzą, którzy łażą i węszą, a potem potrafią powiedzieć kto, co, gdzie i jak. To dzięki moim informatorom wiem, że w Aninie rosną pałace i że szukać ich należy w tym miejscu, gdzie ulica Krawiecka spotyka się z ulicą Szoferską, by już po kilkunastu metrach stać sie ulicą Tulipanową.
Informator to jednak osobnik niepewny. Nie musi być lojalny. Może służyć dwóm panom. A jeśli nawet nie służy, zdarza mu się być nieuważnym lub, nie daj Boże, nieprecyzyjnym. Może też wyolbrzymiać albo koloryzować. Pamiętając o tym wszystkim, osobiście pojechałem sprawdzić co i gdzie rośnie. Rzeczywistość przeszła wszystkie moje oczekiwania… Tak. Nie ma co ukrywać dłużej sensacyjnej wiadomości. W Aninie naprawdę rosną pałace!
Pierwszy pałac jest, pomimo wszystko, dość dyskretny. Udaje nawet, że nie jest pałacem. Kusi kolorem, który można by było uznać za łososiowy, gdyby nie podążał w kierunku czerwieni. Ale w pałacowych tynkach taka barwa występuje! Naprawdę! Jeśli chodzi o drzwi, są dosyć skromne, choć prowadzą do nich całkiem okazałe schody. Podobnie okna. Ale cztery kompozytowe (jeśli dobrze widzę) pilastry i wsparty na nich tympanon z herbem również są faktem.
Twórca drugiego pałacu poszedł już na całość. Jedenaście marmurowych schodów prowadzi do wejścia. Zasłaniają je cztery kompozytowe (o ile nie korynckie) kolumny. Kolumny podtrzymują ozdobny balkon. Dwie kondygnacje. Okna górnej kondygnacji tak jakby renesansowe. Elewacja jakby ozdobna. Coś na kształt fryzu. Inne coś – na kształt attyki. Ryzalit od frontu, ryzalit w tylnej części budynku. Bezbłędnie poprowadzona oś symetrii. Przed budynkiem – jeszcze niegotowa – fontanna i podjazd (dla pojazdów konnych?). Na jego tyłach – zaczątki  ogrodu na modłę francuską…
Obie budowle przypominają odrysy wykonane nieudolnie przez małe dziecko z oryginalnych rysunków. Są jak słabe kalki, nieudane zamienniki, bezmyślne atrapy, powierzchowne ersatze, niedoskonałe surogaty. Chciałbym dać rzeczy odpowiednie słowo, ale chyba tego nie potrafię.
Czegoś mi przy owych pałacach brakuje. Nie widzę tu żadnych służbówek, przybudówek czy domków, gdzie pomieściłyby się wszystkie łaziebne, kuchenne, garderobiane czy pokojówki, gdzie zamieszkaliby stajenni, krowiarze, owczarze, psiarczycy czy też zwykli fornale. Czyżby całe życie gospodarcze tych nowych dworów miało ograniczyć się do czyszczenia kont bankowych podczas – krótszych lub dłuższych – wypadów do centrów handlowych, lokali gastronomicznych, gabinetów kosmetycznych i pralni ekologicznych? Albo, comble de l’horreur, do przyjazdu furgonetki z firmy cateringowej? A gdzie słynna ekologia arystokratycznego życia?
Ciekawi mnie kto zamieszka te „niby-pałace”? Podejrzewam, że będą to jacyś „jakby-Braniccy” albo też „quasi-Potoccy”. A ich  misja cywilizacyjna będzie musiała pomieścić się w formule: „tyle obowiązku, ile estetyki”. Noblesse oblige. Zastanawiam się jak pojmują tę maksymę właściciele nowych pałaców. Czy jako zobowiązanie do używania serwetki podczas posiłku i odpowiedniego trzymania kieliszka z winem? Czy też jako zobowiązanie do wzięcia odpowiedzialności za losy osiedla, miasta, kraju? Bo kto ozdobi lokalną świątynię tak, aby kształtowała plebejskie gusta? Kto spopularyzuje nowe metody prowadzenia gospodarstwa? Kto wyposaży w nowoczesny sprzęt najbliższy szpital? Kto wyedukuje zdolne, ale biedne dzieci? Rosną nam pałace, ale czy wyrosła nam już arystokracja?

czwartek, 30 sierpnia 2018

Być jak Ryszard Szurkowski


W okolicach maja cała Polska żyła Wyścigiem Pokoju. Był to największy amatorski wyścig kolarski powojennej Europy. Organizowano go od 1948 roku, początkowo na trasie Warszawa-Praga i Praga-Warszawa; później do tych dwóch stolic dołączył Berlin. Wyścig firmowały redakcje komunistycznych dzienników: ,,Trybuna Ludu”, „Rude Pravo” oraz „Neues Deutschland”.
Ryszard Szurkowski wygrał Wyścig Pokoju czterokrotnie (1970, 1971, 1973, 1975). Przejechał  w nim 89 etapów, w tym aż 52 w żółtej koszulce lidera Wygrał 13 etapów, po  dziewięć razy był drugi albo trzeci. Bohdan Tomaszewski nazwał go „cudownym dzieckiem dwóch pedałów”. Braliśmy to określenie za dobrą monetę. Wiedzieliśmy o Szurkowskim wszystko. Również to, że podczas mistrzostw Polski oddał swój zapasowy rower Zygmuntowi Hanusikowi, który był jego największym rywalem. Hanusik wygrał, ale bohaterem został Szurkowski. On po prostu przemawiał do naszej wyobraźni.
Gdy Polska jęczała pod rządami Bieruta, mój ojciec złożył z mozolnie gromadzonych części swój pierwszy rower. W epoce późnego Gomułki posiadanie roweru było oczywiste. Możliwość wyboru już niekoniecznie. Marząc o „Huraganach”, dosiadaliśmy na ogół topornych rometowskich konstrukcji. Wystarczyło jednak mocniej nacisnąć pedały i usłyszeć gwizd wiatru w uszach: każdy z nas czuł się wtedy jak Ryszard Szurkowski.
Gdzieś na początku lat 70. anińską dzieciarnię ogarnęła mania wyścigów rowerowych. Osiedle IBJ gwarantowało młodym kolarzom bezpieczną sieć chodników. Chodniki nam jednak nie wystarczały. Chcieliśmy ścigać się na ulicach, jak Szurkowski. Trasa dookoła osiedla, ulicami Zorzy, Pazińskiego i Zambrowską, liczyła około kilometra. Wydawała się wprost idealna dla naszych potrzeb. Trochę inaczej widzieli tę sprawę właściciele aut. Gdyby o wyścigach wiedzieli nasi rodzice, również nie byliby zachwyceni. Ale nie wiedzieli.
  Wyścigi nie przyniosły powszechnej satysfakcji. Dobre rowery mieli tylko nieliczni. Tymczasem w szkole wszczepiono nam przekonanie, że wszyscy są równi. Ktoś przejęty ideą równości zaproponował jazdę na czas: każdy kolarz na tym samym, najlepszym rowerze.
Czy rozegraliśmy choć jeden egalitarny tour, nie potrafię sobie przypomnieć. Z Wyścigiem Pokoju wiąże się za to inne wspomnienie. Modne było w tamtym czasie zbieranie kapsli od butelek. Jakiś młody racjonalizator wpadł na pomysł wykorzystania tych kapsli do symulowania wyścigów rowerowych. Potrzebny był tylko kawałek betonowego chodnika albo jeszcze lepiej – asfaltu. Na tej powierzchni kreśliło się kredą trasę wyścigu z lotnymi premiami i stadionowymi finiszami. W wewnętrznej części kapsla wklejało się lub rysowało barwy narodowe. Trzeba było wpisać numer zawodnika. O ile dobrze pamiętam – i tak wszyscy byliśmy Polakami. Kapsle wprawiało się w ruch pstrykając w nie palcami. Zawodnik nie miał prawa wypaść poza linię trasy wyścigu. Jeśli tak się zdarzyło: musiał cofać się do punktu, z którego w danej kolejce ruszył. Grupę bawiących się kapslami chłopaków odnaleźć było niezwykle łatwo. Ich krzyki przekraczały normalną porcję decybeli. Emocje towarzyszące tej zabawie sięgały bowiem zenitu. Zwycięzcy mogli poczuć się jak Ryszard Szurkowski. A to było bezcenne.
Przyszedł rok 1974. Powrót trzeciej drużyny niemieckiego mundialu. Zapomnieliśmy wszyscy o kapslach. W każdej wolnej przestrzeni rozgrywały się teraz mecze piłki nożnej. Szurkowski przyblakł. Teraz chcieliśmy być jak Kazimierz Deyna albo Jan Tomaszewski.
Potem naszą wyobraźnią zawładnął Wojciech Fibak. Po sportowcach przyszła kolej na muzyków rockowych. Część z nas pozwoliła się zagarnąć ostatniej fali beatlemanii. Inni – zapuściwszy długie włosy – chłonęli nabożnie mocne brzmienia hard rocka. Co wrażliwsze dusze odnajdywały się wśród niepokojących dźwięków grupy Pink Floyd. Każdy z nas poszukiwał winylowych płyt albo magnetofonowych kaset z ulubioną muzyką. Po szkole wszyscy biegli do domu słuchać zgromadzonych nagrań. Ulice Anina opustoszały. Przynajmniej dla nas.

sobota, 25 sierpnia 2018

Znalezisko


Trzeciego dnia poszukiwań trafiła wreszcie kosa na kamień. Mówiąc precyzyjniej: łopata trafiła na jakiś twardy przedmiot. Zaczęło się jego stopniowe odsłanianie. Szef misji archeologicznej dla terenów Małego Półwyspu Położonego Na Wschód Od Azji czuł narastającą  satysfakcję. Po godzinie gorączkowej, ale zarazem uważnej pracy wydobyto z ziemi metalowe znaleziska. Trzy sztuki. Niezupełnie kompletne. Mimo licznych odkształceń stosunkowo łatwo można je było opisać. Charakterystyczny trójnóg, niewysoki, okrągły pojemnik, nad nim cienkie, również metalowe pręty. Błyskawicznie wykonano rysunki. Przeprowadzono inwentaryzację.
Odkrycie miało być utrzymane w tajemnicy. Pech chciał, że tego dnia kręciło się wokół archeologów kilku wścibskich fotoreporterów. Dzień później ukazały się w „Przeglądzie Pozaazjatyckim” fotografie z tych wykopalisk. Pod materiałem ilustracyjnym zamieszczono krótki artykuł. Zacytujmy go w całości: „Wszystko wskazuje na to, że sensacyjne znalezisko sprzed stu lat zwane „muralem z Anina” znalazło wreszcie potwierdzenie. Hominidy, które mieszkały w tej miejscowości należały, jak powszechnie wiadomo, do słowiańskiej gałęzi dawno wymarłego gatunku socius europeicus. Umieszczony na betonowej płaszczyźnie balustrady przerzuconego nad niewielkim ciekiem wodnym mostku mural prezentował archaiczne metalowe trójnogi podtrzymujące okrągłe pojemniki przykryte metalowymi prętami. Z rysunku jednoznacznie wynika, że na tych prętach pieczono kawałki tłustego mięsa. Jako opału używano węgla drzewnego, który był przywożony z sąsiedniego Międzylesia w papierowych workach. Pochodzenie tych papierowych worków potwierdziły swego czasu badania profesora Hi Tunga. Pozostaje zagadką, dlaczego nie próbowano – w tak lesistej przecież okolicy – pozyskiwać węgla drzewnego samodzielnie.
 Na muralu widoczne są również postacie półnagich mężczyzn. Mają oni na sobie płytkie plastikowe buty zaczepione na jednym palcu u nogi. Rysunek eksponuje również ogromne brzuchy tych mężczyzn. Każdy z nich trzyma w ręku niewielki metalowy pojemnik z napisem „Beer”. Szczegółowe badania wykazały, że pojemniki te zawierały napój składający się z alkoholu i dwutlenku węgla. Napój sporządzano w procesie fermentacji alkoholowej wody, słodu i chmielu. Interpretację muralu i nowego znaleziska utrudni niewątpliwie fakt odkrycia przez zespół docenta Li Pu elektrycznych i gazowych urządzeń z tamtej epoki służących do przetwarzania żywności.
Czemu służyły więc prymitywne ruszty na trójnogach? W jakim celu rozpalali je brzuchaci mężczyźni w klapkach (tak ponoć nazywano dziwaczne, plastikowe obuwie)? Jedyne logiczne wyjaśnienie, jakie się nasuwa badaczom, to hipoteza religijna. Przypuszczalnie chodzi o jakieś tajemnicze rytuały związane z próbami pozyskania przychylności domowych bóstw opiekuńczych. Metalowe ruszty to stosy ofiarne, mięso – pokarm, który miał zaspokoić oczekiwania żarłocznych bóstw. Otyli mężczyźni symbolizowali ponad wszelką wątpliwość dobrobyt (może reszta populacji była przeraźliwie chuda?). Skąpe odzienie wynikało zapewne z konieczności ascezy, mogło być też wyrazem ogołocenia tak oczywistego w obecności Absolutu. Klapki oznaczały być może gotowość do drogi, odtwarzającej cykl ludzkiego życia wpleciony w odwieczne fazy i rytmy przyrody. Sfermentowany napój z chmielu umożliwiał z kolei mężczyznom-kapłanom wejście w stan religijnego uniesienia, swoistego transu. Musieli przecież oderwać się od zwykłej, szarej codzienności, od swych bolesnych problemów, po to by godnie reprezentować własną społeczność wobec tego co wielkie i nieznane. Mimo całego swego prymitywizmu, była to jednak cywilizacja o ogromnej wrażliwości na los człowieka, dysponująca głębokimi pokładami życia duchowego”.

piątek, 24 sierpnia 2018

Pani od rosyjskiego


Do Szkoły Podstawowej nr 218 uczęszczałem w latach 1970-1978. Nauka języka rosyjskiego rozpoczynała się w klasie piątej. Pani od rosyjskiego nie była w tamtych czasach kultową nauczycielką. Ale miała w sobie coś, co przyciągało naszą uwagę i budziło nasz szacunek. Autorytet? Wyrozumiałość? Nie wiem.
Idąc na jej lekcje nie czuliśmy lęku. Wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Pani od rosyjskiego była osobą opanowaną i zrównoważoną. Nie podnosiła głosu. Oddziaływała powagą i spokojem. Nie gniewały jej głupie zachowania. Niemądre pomysły próbowała nam perswadować. Była sprawiedliwa. Nie przypominam sobie, żeby ktoś kwestionował postawioną przez nią ocenę. Idąc na jej lekcje nie obawialiśmy się nudy.  Była do nich zawsze przygotowana. To od niej dowiedzieliśmy się, co to jest Bajkonur, co można kupić w GUM-ie i czym zajmują się radzieccy pionierzy. Nie zdarzyło się, żeby nie znała słówka, o które ją (nierzadko złośliwie) pytaliśmy.
Nie wpajała nam ideologii, ale i nie sygnalizowała okropności komunizmu. Cóż, w tamtych czasach nie miałem jeszcze żadnych poglądów politycznych. Serwowana przez domowe otoczenie niechęć do tego co bolszewickie, nie przeszkodziła mi w akcesie do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej ani w pisaniu listu do radzieckiego pioniera (na odpowiedź czekam do dziś).
Dlaczego wspominam panią od rosyjskiego i dlaczego robię to po tylu latach? Może to związana z wiekiem zmiana perspektywy? Powód może być też bardziej prozaiczny: we współpracy z nią uzyskałem jedyny w swoim życiu konkursowy sukces: trzecie miejsce w olimpiadzie z języka, którego mnie uczyła.
Poświęciła na pracę ze mną wiele pozalekcyjnych godzin. Wybierałem się do niej od jakiegoś czasu, żeby za to podziękować: przez te wszystkie lata mieszkaliśmy na tym samym osiedlu. Myślałem, że mam jeszcze na te podziękowania czas. Okazało się, że nie mam. Nie zdążyłem podziękować.

Pani Zofia Zdulska zmarła 24 listopada 2015 roku.  

niedziela, 29 lipca 2018

Józio


Nie umiem oderwać osoby Pawła od anińskiego osiedla Instytutu Badań Jądrowych. Na tym osiedlu się wychował. W świadomości znajomych funkcjonował jako Józek albo Józio. Nasi rodzice się przyjaźnili. W pewnym okresie i my spędziliśmy ze sobą sporo czasu. Były to lata późno-licealne i wczesno-studenckie.
Zaczęło się od wspólnego biegania. I od ćwiczeń na ukrytym w anińskim lesie drążku. Ja raczej te ćwiczenia pozorowałem, ale zdaje się, że żaden z nas nie podchodził wtedy zbyt ambitnie do kwestii rozwoju fizycznego. Potem były dwa spływy kajakowe. Wiosłować nam się nie chciało. Namawialiśmy kajak, żeby płynął sam. Nie chciał płynąć, ale techniki perswazji mieliśmy odtąd w małym palcu. Dwa razy pojechaliśmy w góry. Dowiedziałem się tam, że mogę na niego liczyć (takie rzeczy to tylko w górach!). Podczas drugiej z wypraw, przy przejściu z Zawratu na Świnicę, ja kurczowo trzymałem się ścieżki i łańcuchów. On szedł cały czas obok, nie korzystając z żadnych udogodnień. Przywiązywał już wtedy do swej sprawności znacznie większą wagę. A ja chyba ciągle jeszcze nie zdawałem sobie sprawy z różnicy, która jego zaprowadzi na Hagshu w Himalajach (6515 m), a mnie na Mostek Pokutnic we Wrocławiu (50m).
Próbowaliśmy wspólnych działań. Uparliśmy się (to w szerszym gronie), że powiesimy w anińskim liceum krzyże. Dopięliśmy swego. Doprowadziliśmy też do upadku komunistycznego (w naszej opinii) samorządu szkolnego. Powołaliśmy  do życia „jedyny słuszny” samorząd, solidarnościowy. Jak  się potem okazało, funkcjonował znacznie gorzej od poprzedniego. Lubiliśmy robić na złość dyrektorowi szkoły. Parę razy się udało. Jeździliśmy na Krakowskie Przedmieście, na zajęcia Uniwersytetu Otwartego. Stały się one dla nas politycznym przedszkolem. Tak jak koncerty Jacka Kaczmarskiego. Był to w naszym życiu ten piękny czas, kiedy człowiekowi jeszcze się wydaje, że to co robi jest bardzo ważne i że do zrobienia jest bardzo dużo.
Była też wymiana lektur (Gombrowicz!) i myśli. Kiedyś, na spotkaniu anińskiej grupy Dewotów rozważaliśmy tajemnice Różańca. Józio dostał „w przydziale” modlitwę Jezusa w Ogrójcu. To co powiedział, pochodziło z jego przemyśleń, a nie z proponowanego w modlitewniku „gotowca”. Mówił o samotności. Było to i piękne, i przerażające. Trudne  problemy rozważał z pełną logiki prostotą. Podczas jednej z dyskusji, powołując się na przykład chłopa ratującego Żyda, wykazał, że życie może być ważniejsze od prawdy. Mówił to, co myślał. Czasem to bolało, ale czyniło relację z nim prawdziwą i niepowtarzalną. W rozmowie używał ironii i drwiny. Nigdy nie lekceważył jednak rozmówcy.
 „Mniej się boję indoktrynacji marksistowskiej niż tomistycznej” – oświadczył, porzucając studia filozoficzne w Akademii Teologii Katolickiej na rzecz uniwersyteckiej filozofii. Szedł swoją drogą. Ta jego droga zaprowadziła go w odległe dla mnie rejony życiowe, zawodowe, polityczne i światopoglądowe. To, co od niego otrzymałem, zostało i ciągle jest moim kapitałem. Nie spotkałem już później człowieka równie bezkompromisowego i samodzielnego w myśleniu.  

Paweł Józefowicz zmarł 4 kwietnia 2018 r.