niedziela, 29 lipca 2018

Józio


Nie umiem oderwać osoby Pawła od anińskiego osiedla Instytutu Badań Jądrowych. Na tym osiedlu się wychował. W świadomości znajomych funkcjonował jako Józek albo Józio. Nasi rodzice się przyjaźnili. W pewnym okresie i my spędziliśmy ze sobą sporo czasu. Były to lata późno-licealne i wczesno-studenckie.
Zaczęło się od wspólnego biegania. I od ćwiczeń na ukrytym w anińskim lesie drążku. Ja raczej te ćwiczenia pozorowałem, ale zdaje się, że żaden z nas nie podchodził wtedy zbyt ambitnie do kwestii rozwoju fizycznego. Potem były dwa spływy kajakowe. Wiosłować nam się nie chciało. Namawialiśmy kajak, żeby płynął sam. Nie chciał płynąć, ale techniki perswazji mieliśmy dzięki niemu w małym palcu. Dwa razy pojechaliśmy w góry. Dowiedziałem się tam, że mogę na niego liczyć (takie rzeczy to tylko w górach!). Podczas drugiej z wypraw, przy przejściu z Zawratu na Świnicę, ja kurczowo trzymałem się ścieżki i łańcuchów. On szedł cały czas obok, nie korzystając z żadnych udogodnień. Przywiązywał już wtedy do swej sprawności znacznie większą wagę. A ja chyba ciągle jeszcze nie zdawałem sobie sprawy z różnicy, która jego zaprowadzi na Hagshu w Himalajach (6515 m), a mnie na Mostek Pokutnic we Wrocławiu (50m).
Próbowaliśmy wspólnych działań. Uparliśmy się (to w szerszym gronie), że powiesimy w anińskim liceum krzyże. Dopięliśmy swego. Doprowadziliśmy też do upadku komunistycznego (w naszej opinii) samorządu szkolnego. Powołaliśmy  do życia „jedyny słuszny” samorząd, solidarnościowy. Jak  się potem okazało, funkcjonował znacznie gorzej od poprzedniego. Lubiliśmy robić na złość dyrektorowi szkoły. Parę razy się udało. Jeździliśmy na Krakowskie Przedmieście, na zajęcia Uniwersytetu Otwartego. Stały się one dla nas politycznym przedszkolem. Tak jak koncerty Jacka Kaczmarskiego. Był to w naszym życiu ten piękny czas, kiedy człowiekowi jeszcze się wydaje, że to co robi jest bardzo ważne i że do zrobienia jest bardzo dużo.
Była też wymiana lektur (Gombrowicz!) i myśli. Kiedyś, na spotkaniu anińskiej grupy Dewotów rozważaliśmy tajemnice Różańca. Józio dostał „w przydziale” modlitwę Jezusa w Ogrójcu. To co powiedział, pochodziło z jego przemyśleń, a nie z proponowanego w modlitewniku „gotowca”. Mówił o samotności. Było to i piękne, i przerażające. Trudne  problemy rozważał z pełną logiki prostotą. Podczas jednej z dyskusji, powołując się na przykład chłopa ratującego Żyda, wykazał, że życie może być ważniejsze od prawdy. Mówił to, co myślał. Czasem to bolało, ale czyniło relację z nim prawdziwą i niepowtarzalną. W rozmowie używał ironii i drwiny. Nigdy nie lekceważył jednak rozmówcy.
 „Mniej się boję indoktrynacji marksistowskiej niż tomistycznej” – oświadczył, porzucając studia filozoficzne w Akademii Teologii Katolickiej na rzecz uniwersyteckiej filozofii. Szedł swoją drogą. Ta jego droga zaprowadziła go w odległe dla mnie rejony życiowe, zawodowe, polityczne i światopoglądowe. To co od niego otrzymałem, jednak zostało i ciągle jest moim kapitałem. Nie spotkałem już później na swojej drodze człowieka równie bezkompromisowego i samodzielnego w myśleniu.  

Paweł Józefowicz zmarł 4 kwietnia 2018 r.


niedziela, 1 lipca 2018

Marzyciel wśród wydm i sosen

W roku 2014 firma SKANSKA przeprowadziła remont anińskiej ulicy Kajki. Słynąca z nierówności Kajki, była po tym remoncie gładka jak stół.
Jest rok 2018. Kajki nie przypomina już stołu. Jest znów nierówna: górki i dołki. Dwa najniższe punkty to okolice skrzyżowania z V Poprzeczną i IX Poprzeczną. Jak przed  remontem... Nie ma w tym zresztą nic niesłychanego: ulicę Kajki poprowadzono po wydmie. Wydma  nieco przez te cztery lata popracowała i mamy sytuację wyjściową: taka ulica, jaka wydma.
Smakując to zwycięstwo natury, myślę (bez obawy), co będzie jeśli anińskiej naturze nie spodoba się, dajmy na to, Perła Anina. Za kilka lat ta wspaniała architektura może wyglądać jak biurowce z filmu Terrence'a Malicka "Drzewo życia" (w filmie przechadza się wśród nich Sean Penn; z każdej niemal szczeliny między płytami chodników wyrastają wstrętne badyle). W tym przypadku musiałaby nieco popracować anińska zieleń (a dokładniej zielsko). Ciekawe, ile by to zajęło lat? A wracając jeszcze na chwilę do działalności "wydmowej": czy zlekceważone przez budowniczych POW wydmy i sosny nie mogłyby się zająć tą wspaniałą arterią? Warto jest marzyć!

środa, 27 czerwca 2018

Powrót

Postanowiłem wznowić aktywność na blogu "Anin. Ruchy zamierzone i mimowolne". Uznałem, że warto to zrobić, nawet, gdyby miała odwiedzać ten blog tylko jedna osoba.
Jakie ruchy planuję wykonać na blogu? No cóż, ruchy mimowolne pozostaną mimowolne. Wśród ruchów zamierzonych widziałbym zamieszczanie materiałów wspomnieniowych o ludziach związanych kiedyś z Aninem i materiałów aktualnych o ludziach związanych teraz z Aninem. Ale nie tylko ludzką aktywność chciałbym ukazywać... Zapraszam do lektury!

środa, 20 czerwca 2018

Niechaj Wawer zna, jakich synów ma!


W wydawanej przez Bellonę serii „Historyczne Bitwy”, ukazała się przed kilkoma tygodniami monografia bitwy pod Kraśnikiem. Bitwa kraśnicka rozegrała się w sierpniu 1914 roku, dosłownie w pierwszych dniach Wielkiej Wojny. Walczyli w niej Austriacy i Rosjanie. Oddziały austriackie uniemożliwiły wojskom rosyjskim wykonanie manewru  oskrzydlającego w kierunku południowym. Austriakom udało się zepchnąć Rosjan z zajmowanych przez nich pierwotnie pozycji, a także otworzyć drogę na  Lublin i naruszyć bezpieczeństwo rosyjskich linii komunikacyjnych na terenie Królestwa Polskiego. Sukces austriacki był w tej bitwie bezsporny.
Bitwa pod Kraśnikiem nie cieszyła się do tej pory większym zainteresowaniem historyków. Omawiana książka, oparta przede wszystkim na archiwaliach austriackich, ma więc pionierski charakter. Trudno mi powiedzieć, czego mogą się z niej dowiedzieć fachowcy. Laik taki jak ja może się dzięki niej zapoznać z przygotowaniami do samej bitwy i jej przebiegiem. Otrzyma też całą masę informacji wykraczających poza wąski zakres jednego wojennego starcia. Kończąc lekturę wiedziałem, czy i gdzie oficerowie obu walczących pod Kraśnikiem armii mogli otrzaskać się z wojną. Pozostała też w mej pamięci błędna decyzja dowództwa austriackiego, żeby atakować jednocześnie Serbów i Rosjan. Wiem, że Rosjanie mieli lepsze rozpoznanie (czego zresztą nie potrafili wykorzystać), a Austriacy zbyt zachowawczo używali kawalerii. Mam jasność, jak się walczy w terenie pociętym wąwozami i jak wielką przeszkodą może być dla nacierających oddziałów niewielki ciek wodny.
Czytelnik zapyta: no dobrze, ale gdzie Rzym, gdzie Krym? I co obchodzi mieszkańców Anina bitwa rozegrana sto lat temu na Roztoczu? Rzecz w tym, że autor książki „Kraśnik 1914” jest ich sąsiadem. Jan Błachnio (bo to o nim mowa) urodził się i wychował w Radości. I nadal w tym osiedlu mieszka. Tu uczęszczał do szkoły podstawowej i gimnazjum. Ukończył dobre liceum (to już na lewym brzegu Wisły). Studia licencjackie i magisterskie odbył w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego. Przygotowuje dysertację doktorską. W czasach dziecięcych zabaw zafascynował go świat munduru i broni. Pozostał tej fascynacji wierny: jako badacz zajmuje się historią wojskowości XIX i XX wieku. Ze szczególną pasją zgłębia wydarzenia I wojny światowej. Interesuje się również czasami zimnej wojny. Jest  pasjonatem hokeja na lodzie. Popularyzował na łamach „Polityki” i czasopisma „Mówią Wieki” dzieje tej, jakby trochę w Polsce zapomnianej, dyscypliny sportowej. Ostatnio pisał w „Mówią Wieki” o rywalizacji pięściarzy w okresie zimnej wojny.
Panie i Panowie. La jeunesse arrive! Jan Błachnio!