Anin w pięćdziesięciu odsłonach

Małgorzata Gutowska-Adamczyk: Anin w pięćdziesięciu obrazach

Autor tego bloga częstuje nas w swym zbiorze felietonów poświęconych Aninowi daniem wybornym. Mieszkając tu urodzenia, zna nasze osiedle i opisuje je z wielu różnych perspektyw: historycznej, geograficznej, socjologicznej, obyczajowej wreszcie. Króciutkie felietony, ukazujące rozmaite aspekty anińskiej ponad stuletniej już historii, są niczym maleńkie ciasteczka, które kuszą, finezyjnie ułożone na eleganckiej tacy.

Mamy tu genezę Anina, wspomnienie Anny i Ksawerego Branickich, którym zawdzięczamy powstanie naszego osiedla, jego nazwę i strukturę, mamy wspomnienie sławnych aninian – Gałczyńskiego, Tuwima, Jaroszewicza. Autor poszukuje śladów Ossendowskiego, Piłsudskiego i Tyrmanda. Cytuje większe i mniejsze dzieła literackie, których autorzy, w tym niżej podpisana, zachwyceni Aninem, tu właśnie umieścili akcję swych utworów.

Czytelnik znajdzie w zbiorze reminiscencje zdarzeń historycznych i próby ukazania codzienności, jak chociażby spacer przedwojenną ulicą V Poprzeczną z jej sklepikami, straganami i warsztatami. Nowi aninianie dowiedzą się, gdzie kiedyś znajdowała się poczta, gdzie stało Kasyno, restauracja prowadzona przez rodzinę Wiwegerów, serce ówczesnego życia towarzyskiego Anina. Nieoczekiwanie też trafią na opisy krajobrazu z finałową apostrofą do… brzozy! Żmudna praca historyka serwuje nam wiedzę niebanalną, również o tym, co zawdzięczamy wodzowi III Rzeszy. Warto to sprawdzić!

Niewielka to rozmiarami, lecz ambitna próba anińskiego kompendium, mówi prawie wszystko o ważnych chwilach osiedla, przywołuje czas, kiedy linie autobusowe wżerały się w coraz głębiej, ułatwiając życie mieszkańcom i pozbawiając Anin czaru przedwojennego letniska.

Dziś Anin to już zdecydowanie miasto, działki dzielone są na coraz mniejsze i zabudowywane niemal w całości. Ale wciąż wszak mamy las, Górkę Delmaka (nie Delmacha!), ciche ulice i ścieżki w lesie. Mamy schnące na potęgę, ale wciąż tu obecne sosny, nadające anińskiemu powietrzu tę niepodrabialną świeżość.

W zbiorze natrafiamy też na opowieść opuszczonym, zrujnowanym, fascynującym spacerowiczów domu przy Tulipanowej, o którym nikt nie potrafi powiedzieć nic pewnego, oprócz prawdopodobnej tragedii rodzinnej, która się tu rozegrała. To anińska tajemnica, sekret wart rozwiązania.

Aniński bloger zastanawia się, czy można jakoś określić obecną strukturę społeczną dawniej kolejarskiego, potem burżuazyjnego i artystycznego Anina. Odpowiedź jest dość posępna i niezbyt życzliwa dla nowych aninian, do których się zresztą zalicza niżej podpisana. Autor niejako obarcza nas winą za utratę uroku tego miejsca, kiedyś osobnego i cudownego, teraz wchłoniętego przez miasto i zwyczajność.

Ale Anin długo jeszcze nie będzie zwyczajny. Mieliśmy tu i mamy poetów, czcimy ich i kultywujemy ich pamięć. Autor wspomina akcję „kamieniarzy” i cytuje fragmenty wierszy powstałych na anińskim piasku, w miejscu słynącym dobrym klimatem, pięknymi ogrodami i dumą swych mieszkańców. Jednym z nich jest nasz bloger, który w czarujący, lekki, zwiewny i finezyjny sposób ofiarowuje nam Anin, którego jesteśmy cząstką.


środa, 31 grudnia 2014

Nie od razu Anin zbudowano I

Na początku był bór. Bardzo stary bór. Bór, który pamiętał jeszcze książąt mazowieckich, którzy przedzierając się przez leśne ostępy usiłowali dopaść łowną zwierzynę. Na piaszczysto-gliniastych glebach rosły dęby i sosny. Nieopodal płynęła rzeka. Tam gdzie docierało więcej wilgoci, drzewostan stawał się bardziej urozmaicony: brzozy, dęby, graby i lipy. Królowały jednak sosny. Nawet na – licznych w tej okolicy – piaszczystych wydmach czaiły się karłowate sosenki.
Panem boru był Ksawery. Mówią, że to on postanowił wpuścić do swego boru ludzi. Dobrze jednak wiemy, ze za biegiem wszystkich spraw kryją się kobiety. Ta akurat miała na imię Anna. Chciałbym wierzyć, że była bardzo piękna. Anna chętnie oddawała się marzeniom. Ksawery i Anna mieszkali we wspaniałym pałacu. Kiedy długimi, jesiennymi wieczorami pili kawę z delikatnych, porcelanowych filiżanek, Anna wzdychała: - Jak by to było pięknie, gdyby wśród tych starych, pięknych drzew stanęły drewniane domy. Ludzie mogliby przechadzać się w cieniu drzew. Mogliby się do nich przytulać. Prawdę mówiąc, Ksawery rzadko słuchał Anny. Głowę miał zajętą swym gabinetem zwierzęcych, wypchanych osobliwości. Planował zresztą kupić nowe okazy.
Ksawery i Anna mieli kłopoty finansowe. Ksawery pomyślał kiedyś: „Nowe osiedla przynoszą dochód. Czemu by nie spróbować parcelacji? Boru jednak mi szkoda”. I wezwał pracowników zarządu swoich dóbr. Stanęli przed nim.
I rzekł Ksawery: Nakreślcie plan nowego osiedla. Pytali pracownicy zarządu dóbr jego: - Panie, jak nazwiesz to osiedle? Powiedział im: - Ma się nazywać Anin. Pytali też: - Panie, jakie wyznaczysz mu granice? Powiedział im: - Od północy granicą niech będzie szosa brzeska, od zachodu – linia kolejowa nadwiślańska. Na południu jego kresem stanie się Kaczy Dół. Na wschodzie odgrodzicie od osiedla mój piękny, stary bór. Niech on zostanie nietknięty. Granicą będzie dukt leśny biegnący między starym borem a młodszym lasem sosnowym. I stało się tak jak rzekł.
I powstał plan geodezyjny. A szosa brzeska tworzyła na nim trójkąt z linią kolejową i ukośnym duktem wiodącym od linii kolejowej do szosy brzeskiej. Jak na planie, tak i w terenie: tu trójkąt i tam trójkąt. W trójkącie tym mierniczowie wydzielili 150 działek. A działki były prostokątami po 1230 sążni kwadratowych każdy, ale nie wszystkie miały taki rozmiar. Trójkąta nie sposób podzielić na same prostokąty! Do każdej działki był dostęp z dwóch stron. Obok działek mierniczowie wymierzyli uliczki, dzieląc w ten sposób teren na jeszcze większe prostokąty, ale nie tylko. Trójkąta nie sposób podzielić na same prostokąty. Osiem działek przeznaczyli na park. Pomyśleli bowiem: stanie tu kiedyś kaplica i inne gmachy, aby służyły wszystkim mieszkańcom osiedla. Przy torach pozostawili miejsce na plac kolejowy. Pomyśleli bowiem: w przyszłości osiądą tu kupcy i przedsiębiorcy. Utworzą oni składy z różnymi towarami, aby służyły wszystkim mieszkańcom osiedla.
Notariusz założył księgę wieczystą i nadał jej tytuł „Wille Anin”. I każda działka otrzymała od niego numer: od 1 aż do 150. Wszystkie działki notariusz zapisał w swej księdze.
Wieść o nowym osiedlu rozeszła się na wszystkie strony. I przybywali ludzie, aby kupować działki. Najwięcej zjawiło się kolejarzy, bo linia kolejowa naprawdę biegła blisko. Jedni kupowali, bo chcieli wybudować dla swojej rodziny dom za miastem. Drudzy kupowali, bo chcieli urządzić pensjonat i ciągnąć z niego zyski. Kupowali też inni. Oni chcieli mieć ziemię, a na budowanie nie było ich stać. Wkrótce zabrakło działek. Trzeba więc było wyznaczyć nowe.
A okolica była piękna. Las obfitował we wszystkie rodzaje runa leśnego. Powietrze było przesycone żywicą, a woda krystalicznie czysta. Chorzy i słabowici mogli liczyć, że wrócą tu do zdrowia i nabiorą sił. Tu mogli do woli spacerować. Mogli być blisko drzew. Cóż z tego, że najpiękniejsze z nich rosły odgrodzone płotem? Wystarczyło na nie patrzeć.

środa, 29 października 2014

Czytając Wierzchowskiego

Siedzę przy biurku. Przede mną leży „Anin Wawer” Henryka Wierzchowskiego. To niewielka książka, a raczej książeczka: wszystkiego sto dwadzieścia sześć stron. Tytuł  wskazuje na Anin, ale nie tylko. Z treścią jest podobnie. Stary i Nowy Wawer, Glinki i Czaplowizna (albo, jak ktoś woli, Marysin Wawerski) też znajdują tu swoje miejsce. Pojawiają się Zastów i Zerzeń.
Autor jest nietutejszy. Owszem, pracował przeszło dwadzieścia lat w anińskim liceum, ale nigdy nie mieszkał przy V Poprzecznej ani nawet przy Niemodlińskiej (wiadomo: Nowy Anin gorszy od Starego, ale lepszy Nowy niż żaden). Trudno też nazwać autora warszawiakiem. Urodził się w Sandomierzu. Do Warszawy wędrował kilkadziesiąt lat, zatrzymując się po drodze w Wilnie i Ostrołęce, a także w innych miastach i miasteczkach.
  Za życia unikał rozgłosu. Dziś ma w Aninie ulicę. Ale ruch na tej ulicy niewielki. Za to z wyglądu przypomina ona parkową aleję. Jest cicha i przytulna. Henryk Wierzchowski cieszy się jednak rozgłosem. Jest to rozgłos anonimowy. O czym mówię? Wystarczy rzucić okiem na dowolną stronę internetową, która opisuje historię Wawra bądź jego osiedli. Niektóre fragmenty „Anina Wawra” pojawiają się tam przepisane wprost (służę przykładami), inne mniej lub bardziej swobodnie streszczone. Niby nikt się na Wierzchowskiego nie powołuje, a wszędzie go pełno. Nawet ci, którzy nie przepisują i nie streszczają, nawet oni „mówią Wierzchowskim”. Podobnie rzecz się ma z książkami. Nieustające cytaty.
Ta plagiatowa gorączka pokazuje jak ważnym autorem jest Henryk Wierzchowski. Zawarł w swej książce całą galerię postaci, idei i instytucji. Ciągle ma w zanadrzu dla swych czytelników jakieś nowości. Doświadczam tego przy każdej lekturze.
Tym razem moją uwagę przykuwa opis tzw. pierwszej bitwy wawerskiej, plastyczny i godny rekonstrukcji historycznej. Rzecz działa się 19 lutego 1831 roku na terenach wawerskich i praskich. Anina jeszcze nie było. Była pusta przestrzeń po wykarczowanym lesie, porośnięta gdzieniegdzie  krzakami o niewielkich rozmiarach. Identycznie miała się sprawa z  Nowym Wawrem. Oddziały wojskowe mogły tu się przemieszczać bez większych ograniczeń. Dzisiejszy Marysin Wawerski to w tamtym czasie wiekowy, ale przerzedzony las. W środku tego lasu działała niewielka cegielnia. W tym dniu stała się ona dla obu walczących stron obiektem pożądania, pretekstem do zaciekłych zmagań na bagnety. Krwawe walki toczyły się też w rejonie dwóch tutejszych zajazdów. Każdy z nich był położony u wyjścia z lasu na równinę praską, przy bardzo ważnej drodze. Karczma w Wawrze ryglowała szosę brzeską, karczma w Wygodzie – stary trakt warszawski. A obiema tymi drogami zbliżały się do Warszawy rozciągnięte na przestrzeni kilkunastu kilometrów oddziały rosyjskie. Ich dowódcy ani myśleli o wdawaniu się w tym dniu w bitwę. Podobne intencje mieli przegrupowujący swe oddziały na praskim przedpolu stolicy generałowie polscy.
Dlaczego doszło do starcia? Zadziałał tu efekt zabawy niesfornych chłopców. Idący w rosyjskiej straży przedniej książę Łopuchin przy wyjściu z lasu wszedł w kontakt z polskimi wojskami i postanowił je zaatakować. Miał do dyspozycji cztery bataliony i dwie armaty. Naprzeciw znalazła się dywizja generała Franciszka Żymirskiego, który otrzymał wprawdzie rozkaz opuszczenia pozycji, ale postanowił nie odpuszczać Łopuchinowi. Co znamienne, nie wiadomo, kto w tej bitwie dowodził polskimi formacjami. Naczelny wódz generał Michał Radziwiłł „zaginął” w pobliskiej Warszawie. Obecny na miejscu generał Józef Chłopicki nie przejął dowództwa. Jakież to było polskie! Poszczególne jednostki działały w tej sytuacji na własną rękę. Nierozstrzygnięte starcie pozostawiło po stronie rosyjskiej 3700 zabitych. Polaków zginęło 2500.
Żyjemy w epoce rekonstrukcji historycznych. Może ktoś wpadnie na pomysł, aby i tę bitwę odtworzyć. Wolałbym jednak poprzestać na barwnym, plastycznym przekazie Wierzchowskiego. Bo nie wiem czy wolno igrać ze śmiercią, choćby miała to być tylko historyczna zabawa w zabijanie. 

czwartek, 18 września 2014

Strefa przygraniczna

Przez całe swoje życie próbowałem trzymać się blisko środka. Na standardowe pytanie wścibskich ciotek: „kogo bardziej kochasz: mamę czy tatę?” odpowiadałem zazwyczaj: „kocham ich jednakowo”. W przedszkolu i w szkole nie byłem ani liderem ani outsiderem. Podczas konfliktów uważałem, żeby nie narazić się żadnej ze zwaśnionych stron. Poglądy polityczne również ulokowałem w pobliżu centrum. Nie ciągną mnie ani prawica ani lewica. W ciągu ostatnich dziesięciu lat nie potrafiłem zidentyfikować się jako „platfus”, źle się czułem też jako „pisior”. W momencie największego nasilenia „popisowego” sporu, w roku 2010, wykonałem manewr politycznego „wyśrodkowania”. W drugiej turze wyborów prezydenckich zagłosowałem na obu kandydatów jednocześnie. Narysowałem ich też na karcie do głosowania jak trzymają się za ręce i podpisałem „zgoda buduje”.
Ten centro-centryzm nie jest przypadkowy. W końcu przyszedłem na świat w Warszawie, w samym sercu Polski (fakt, że chodzi tu o Warszawę prawobrzeżną wolałbym w  tym tekście pominąć milczeniem). Znaczna odległość stolicy od granic kraju czyniła mnie – tak mi się przynajmniej wydawało – bezpiecznym.
Jakiś czas temu na mojej centrystycznej orientacji pojawiły się poważne rysy, może można mówić nawet o pęknięciu. A zaczęło się tak niewinnie. Czytałem jakiś artykuł o historii Warszawy. A może był to fragment podręcznika? Tytułu dziś już i tak nie pamiętam. Tekst zilustrowano mapami. Nie lubię map. Czytam je nieuważnie. Jedna z nich mocno przykuła jednak moją uwagę. Zaprezentowano na niej granice ustalone po trzecim rozbiorze Rzeczpospolitej (traktat rozbiorowy podpisano 24 października 1795 roku w Petersburgu). Dotarło do mnie, że linia graniczna między Prusami a Austrią przebiegała wtedy na wschód od Warszawy, całkiem niedaleko jej rubieży. Po stronie pruskiej pozostały: Zbytki, Zastaw (Zastów), Las, Gocław, Kawęczyn, Praga, Targówek i Bródno. Pod władzę Austrii trafiły: Wiązowna, Miłosna, Grzybowska Wola, Sulejówek i Okuniew. 
Nagle uświadomiłem sobie, że granica ta (o ile ktokolwiek dokładnie w terenie ją wyznaczył) biegła kilkanaście minut drogi od mojego domu! I tak przez czternaście lat! W tamtych czasach granice nie były chyba strzeżone z największą pieczołowitością. Ale i to mogło wystarczyć, aby miejscowości, które nagle okazały się być przygranicznymi stanicami  wpadły w ogromne tarapaty. Henryk Wierzchowski zauważył swego czasu, że z map pochodzących z owego czternastolecia znika obecna na planach XVIII-wiecznych karczma Wawer. To tajemnicze zniknięcie tłumaczył zamieraniem ruchu na przecinającym tę granicę trakcie brzeskim. Można założyć, że okoliczni chłopi nadal odwiedzali wawerski zajazd, zwłaszcza w niedzielę i inne świąteczne dni. To było jednak za mało, żeby on przetrwał. Oprócz ruchu przygranicznego potrzebował też zmierzających do stolicy karierowiczów, awanturników i kupców. Interesy ekonomiczne Berlina i Wiednia były jednak zupełnie inne. Karczma wróciła na mapy dopiero wtedy, kiedy granica odsunęła się do linii Bugu, a w miejsce piaszczystego traktu wybudowano nowoczesną, utwardzoną szosę brzeską. Sprawcą tych dobroczynnych dla naszej okolicy rozwiązań był car Aleksander I. Gdyby nie on, niewielki byłby sens parcelacji dóbr zastowskich. Wawer i Anin raczej by nie powstały…
Nie jestem historykiem. Sprawdzam się bardziej jako opowiadacz historii. Mam prawo trochę pofantazjować. Wyobrażam więc sobie, że granica prusko-austriacka funkcjonuje nie czternaście, a sto czternaście lat. Po obu jej stronach kształtują się odmienne systemy prawne, zupełnie różne systemy gospodarcze, całkiem inna mentalność. Ci ze Starej Miłosny są we wszystkim różni od nas. W czasie wojen światowych mordujemy się, ile wlezie. Potem przez całe lata nie jesteśmy w stanie na siebie patrzeć. Nastaje wreszcie zjednoczona Europa. Owa przygraniczność z przekleństwa staje się błogosławieństwem. Tworzymy z sąsiadami zza granicy zespoły do spraw trudnych i komisje podręcznikowe, a potem kawiarnie literackie. Dużo dyskutujemy. Piszemy wiersze i eseje. Powstaje mit pogranicza. Z instytucji zjednoczonej Europy płynie coraz szerszy strumień grantów i dotacji. Beatus, qui facit.

czwartek, 14 sierpnia 2014

... z dobrze dopasowaną nazwą

Nazwa powinna pasować do miejscowości. Nie jak pięść do oka, lecz jak wygodne buty do nogi. Nazwa Anin właśnie pasuje: brzmi miękko i delikatnie, jest taka kobieca… Bo też zawdzięczamy ją kobiecie. A dokładniej jej imieniu. Imię Anna pochodzi z języka hebrajskiego. Hebrajski rzeczownik hannah oznacza wdzięk. Może też oznaczać łaskę albo łaskawość. Płynie stąd przesłanie dla każdej Anny, aby była miła i życzliwa dla otoczenia…
Imię Anna odnajdujemy dość często na kartach Biblii. Apokryfy widzą w świętej Annie żonę świętego Joachima i matkę Najświętszej Marii Panny. W Polsce imię to znane jest od XIII wieku. Nadawano je w rodzinach szlacheckich, ale także mieszczańskich i chłopskich. Z czasem to właśnie w środowiskach wiejskich stało się imieniem najpopularniejszym. „Nie jedna (niejedna?) panna ma na imię Anna” – mawiano. Od samego początku stosowano też zdrobniałą formę: Ania.
Anin należy właśnie do Ani – z tych samych powodów, dla których maminsynek czyli synek swojej mamy, chowa się pod jej spódnicą. Mamy tu do czynienia z przykładem dzierżawczej (odosobowej) nazwy miejscowej. Sufiks -in wykorzystywano w  przeszłości  do tworzenia nazw miejscowych od wyrazów pospolitych oraz imion. Z reguły punktem wyjścia dla nowej nazwy były imiona męskie. Rzadziej zdarzało się to imionom żeńskim. W tym przypadku nie ma jednak żadnych wątpliwości: Anin to własność Ani.
Prawdziwi Aninianie są przekonani, że nazwa ich miejscowości jest niepowtarzalna. Umożliwia w dodatku niepowtarzalną grę słów. Podsunął im tę myśl sam Julian Tuwim:

(…) Między nami, aninianinami:
Nie mów o niej ani Mani, ani niani,
Ani mamie, ani Ninie, ani Ani,
Ani innym, czy to paniom, czy to panom;
Przede wszystkim – ani słowa aninianom,
Bo obrazić się na Lament mój gotowi… (…)
               (Julian Tuwim, Lament aniński, 1953)

Jak to jest naprawdę z tą niepowtarzalnością? Fakt: od imienia Anna tworzono raczej inne nazwy. Najpopularniejsza z nich to Annopol: w wydawnictwie „Nazwy miejscowe Polski” (1996) powtarza się jedenaście razy. Nazwa ta powstała z połączenia imienia Anna oraz rzeczownika polis. Polis jest słowem greckim i w języku polskim oznacza miasto. W naszym języku termin ten nawiązuje też do rzeczownika pole. Nazwa miejscowa Annopol występuje na ogół w południowo-wschodniej części kraju. Po raz pierwszy pojawiła się w XVII wieku. Najbardziej znany Annopol został tak nazwany na cześć księżnej Anny Jabłonowskiej. Współcześnie jest on częścią Siemiatycz. Z kolei Annopol w powiecie kraśnickim odzyskał całkiem niedawno utracone w XIX wieku prawa miejskie. Jest jedynym w Polsce miastem o tej nazwie. Liczba mnoga od: Annopol (Annopole) pojawia się we wspomnianym wydawnictwie dwukrotnie. Jest też jeden Annosław. Nazwę Annowo nosi pięć miejscowości. Cztery razy zdarzył się również Annów, a Annówka – trzy razy. W „Wykazie urzędowych nazw miejscowości w Polsce” (1980) wymieniono bardzo podobne liczby miejscowości o tych nazwach.
W obu wydawnictwach pojawia się też unikatowa rzekomo nazwa Anin.  Prawda, że tylko trzy razy. Nosi ją niewielka osada położona w gminie Morąg. Kolonia Anin istnieje również w gminie Oporów. Trzeci przypadek dotyczy pewnego podwarszawskiego, a zarazem coraz bardziej śródwarszawskiego osiedla. To przypadek dobrze nam znany.
Od jakiej Ani (Anny) pochodzi Anin? Wszyscy zgodnie twierdzą, że chodzi o Annę Branicką. To jej zawdzięczamy tę arystokratyczną aurę, którą tak chlubią się Prawdziwi Aninianie („pan rozumie, my od Branickich”). To ona dała nam potęgę. A potęgą Anina jest jego nazwa. Dobrze się dopasowała.

czwartek, 17 lipca 2014

Powstaje Imperium...

Anin to ekskluzywne osiedle mieszkaniowe, zlokalizowane  w najspokojniejszej ze stołecznych dzielnic. Zabytkowe, drewniane wille sąsiadują tu z eleganckimi apartamentowcami. Piaszczyste wydmy, piękny, sosnowy las oraz zapach żywicy przypominają atmosferę nadmorskiego letniska. Mazowiecki Park Krajobrazowy i jego liczne ścieżki rowerowe dają niepowtarzalną szansę aktywnego spędzania wolnego czasu. Podmiejska kolej oraz trzy linie autobusowe umożliwiają dogodny dojazd do centrum. Odległość od Pałacu Kultury wynosi zresztą niewiele ponad dziesięć kilometrów. Mieszkanie w Aninie to wprost idealne rozwiązanie dla osób poszukujących kompromisu pomiędzy wygodami wielkiego miasta i ciszą peryferii.

Ten tekst podretuszowałem w oparciu o reklamy zamieszczane w sieci. Można tam znaleźć wiele podobnych. Zachęcają one do kupna lub wynajęcia domu w Aninie. Zmęczonym miastem mieszczanom obiecują uwolnienie od miejskich problemów. Eksponują modne od lat wartości ekologiczne. Czy przekazom tego rodzaju można wierzyć? Reklamy są przereklamowane – powiedzą sceptycy. Reklamy, tak jak każda inna bajka zawierają ziarno prawdy – odpowiedzą im idealiści.
Dałoby się też zaprezentować Anin zupełnie inaczej:

Zachęcamy Państwa do spaceru po tym willowym osiedlu. Najlepiej spaceruje się w piątek wieczorem (o ile oczywiście zdołają się Państwo przebić przez korek na ulicy Płowieckiej i dotrzeć na miejsce). Weźmy ze sobą latarkę: oświetlenie jest tu raczej skąpe. Przyda się też czapka-niewidka: anińska młodzież chętnie nawiązuje bliski kontakt z przybyszami. Okolice tutejszej stacji kolejowej na pewno zainteresują miłośników kina grozy. W pobliżu stacji niezbędny może też się okazać paralizator. A przechadzka w ciągu dnia? Można wtedy podziwiać wspaniałe drewniane wille, a raczej ich drewniane resztki. Matki z małymi dziećmi powinny spacerować wcześnie rano: wtedy zapach szamba jest najbardziej intensywny. Należy iść na południe: ten kierunek umożliwia podziwianie gigantycznego komina międzyleskiej ciepłowni. Widać go praktycznie z każdego miejsca w Aninie. Młodym małżeństwom zalecamy spacer po lesie: w ciągu godziny można tu skompletować niezbędny w domu sprzęt AGD. Wystarczy kilka drobnych napraw i będzie służył przez długie lata.

Czy warto wierzyć tej antyreklamie? Pewnie zawiera ona sporą dawkę przesady.
Tak czy inaczej, w grę wchodzi silny rozdźwięk między marzeniem a rzeczywistością. Przez całe wieki trwa marzenie o domu-wśród-drzew, marzenie o osiedlu-ogrodzie. Czy da się to marzenie zrealizować w Aninie? Niestety, coraz mniej tu domów w ogrodach, coraz więcej amorficznych apartamentowców. Coraz mniej brzóz, dębów i sosen, coraz więcej równo przystrzyżonych trawników. Obok dawnego Anina rośnie jakaś dziwna namiastka. Pozostaje nazwa…
No właśnie, nazwa. Jest wyjątkowo miła i dla ucha, i dla oka. Budzi dobre skojarzenia. Ludziom się wydaje, że mieszkać w Aninie to prawie to samo, co mieszkać w Konstancinie albo w Podkowie Leśnej. Nazwa Anin to znak firmowy o sporej sile przebicia. Działające na Prawym Brzegu agencje i biura używają jej, zachęcając do kupna nieruchomości położonych również poza Aninem, chociażby w Sadulu czy w Nowym Wawrze. Lista firm z Aninem w nazwie obejmuje kilkadziesiąt pozycji. Są one rozrzucone po całej dzielnicy Wawer, a część z nich ma swoje siedziby w dzielnicy Praga Południe, czasem nawet kilka kilometrów od Anina…
Trzeba to wszystko brać za dobrą monetę i popierać przejmowanie przez Anin nowych terytoriów. Im więcej tym lepiej. Na skraju Warszawy rośnie – samo o tym nie wiedząc – Nowe Imperium. Nie ma jeszcze armii ani kroku defiladowego, nie ma rządu ani pałaców. Poczekajmy: na wszystko przyjdzie czas.

wtorek, 10 czerwca 2014

Miary anińskie

Sprowadziliśmy się do Anina w roku 1966. Byłem trzyletnim chłopcem. Wkrótce oddano mnie do osiedlowego przedszkola. Podobno bardzo rozpaczałem, więc rodzice zabrali mnie stamtąd i zapewnili mi opiekę w domu. Do przedszkola wróciłem rok później. Pojawiałem się tam przez trzy kolejne lata. Odległość dzieląca nasz blok i przedszkole nie przekraczała 150 metrów. Chodząc do przedszkola i z powrotem przeszedłem w sumie 225000 metrów.
Gdy edukacja przedszkolna dobiegała końca, rodzice zapisali mnie do anińskiej szkoły podstawowej. Uczęszczałem do niej osiem długich lat. Trasa prowadząca z domu do szkoły liczyła sobie 900 metrów. Zakładając, że wszystkie kursy „do” i „ze” szkoły odbywałem tą właśnie, najkrótszą trasą (co w przypadku powrotów nie jest zgodne z prawdą), musiałem przebyć na tym poziomie edukacji 3600000 metrów.
Kończąc szkołę podstawową postanowiłem wybrać się do anińskiego liceum. Niezbędny do przejścia odcinek skrócił się do 350 metrów. Jako miłośnik snu byłem z tego bardzo zadowolony. Podczas czterech lat edukacji licealnej pokonałem dalszych 616000 metrów.
Nie potrafię myśleć o wszystkich tych przebytych metrach bez wzruszenia. Idąc hartowałem ciało. Trzeba tu przypomnieć, że jesienie były dawniej wietrzne i deszczowe,  zimy śnieżne i mroźne, a wiosny zdradliwie zmienne. Moja sylwetka, zgarbiona wskutek wielogodzinnego ślęczenia nad książkami, podczas marszu szybko się prostowała. Ruchy nabierały sprężystości. Zważywszy na walory anińskiego powietrza, mogłem się odpowiednio dotlenić, co wpłynęło pozytywnie na jakość mojego wykształcenia. Miałem wystarczająco dużo czasu, żeby przypomnieć sobie kolejną zwrotkę wiersza Władysława Broniewskiego, powtórzyć wzór na pole trójkąta albo utrwalić znajomość segmentarnej budowy chrabąszcza. Zdarza mi się myśleć, że to właśnie w drodze do szkoły nauczyłem się najwięcej.
A co by było, gdybym do metrów „szkolnych” dodał metry, które zaliczyłem w drodze do kościoła? Do kościoła chodziłem (chodzę?) znacznie dłużej niż do szkoły. Żeby tam dojść, musiałem każdorazowo pokonać odległość 650 metrów. Biorąc pod uwagę wyłącznie msze niedzielne, przeszedłem na tej trasie dobrych 2700000 metrów. A tych niedzielnych nabożeństw musiało być przeszło 2160!
Z czasem chodzenie stało się moją ulubioną czynnością. Jeśli mam wolną chwilę, wychodzę z domu i ruszam przed siebie. Oddech szybko się wtedy uspokaja, znikają objawy nerwicowe, myśli są idealnie uporządkowane. Patrzę, obserwuję ludzi, podglądam zwierzęta. Ruszanie nogami to nieskomplikowana forma aktywności. Sądzę, że jestem w tej dziedzinie ekspertem.
Wolfgang Büscher przeszedł na swoje pięćdziesiąte urodziny trasę z Berlina do Moskwy. Potem napisał o tym książkę. Ja już przekroczyłem pięćdziesiątkę. Od lat chodzę po Aninie. Nie napiszę jednak książki o swoich spacerach. Zbyt łatwo stałaby się środkiem pomocniczym w badaniach polisomnograficznych.
Piszę bloga. Poświęcam go różnym formom ruchu. Anin to miejsce, w którym sprawy toczą się niespiesznie. Niewiele tu się działo i dzieje. Niektórzy posuwają się nawet do stwierdzenia, że nic ważnego tu się nigdy nie wydarzyło. Nie w tym rzecz, żeby im udowodnić, że są w błędzie. Rzecz w tym, że każdy, nawet najmniejszy ruch może okazać się istotny. Próbuję więc zarejestrować różne anińskie ruchy. Najbardziej interesują mnie ruchy mało widoczne. Może te z pozoru niepozorne okażą się najważniejsze?
Przedstawione przeze mnie historie i nie-historie miały miejsce w znanej mi przestrzeni. Dzięki temu łatwiej mi je sobie przypomnieć albo wyobrazić. Tymi wyobrażeniami chciałbym zapełnić kolejne posty.